John Isner. Charakter ukształtowany przez chorobę matki

Pierwszy raz na korcie pojawił się w wieku 9 lat, co mogłoby się wydawać, dawało niewielkie szanse na to, aby został zawodowym tenisistą. Tym bardziej, że później oprócz tenisa grał też w koszykówkę, która była naturalnym wyborem z racji wysokiego wzrostu. John Isner postawił jednak na pierwszą opcję i – jak sam przyznaje – jest jednym ze szczęściarzy, którzy w taki sposób zarabiają na życie. Paradoksalnie ciężka choroba jego matki pomogła mu w dojściu do miejsca, w którym się znajduje. Teraz staje przed życiową szansą triumfu na Wimbledonie.

Przez długie lata Isner był tylko jednym z wielu zawodników tenisowego touru. Mimo że na dobre zadomowił się w TOP 30 rankingu ATP, wygrywał turnieje niższej rangi, a nawet gościł w czołowej dziesiątce, to nie dał Amerykanom tylu powodów do radości, by ci nie wspominali z tęsknotą chociażby czasów Andy’ego Roddicka. Jego 12 zwycięstw w imprezach rangi ATP 250 i ATP 500, które odniósł do końca tamtego sezonu wyglądało dosyć mizernie przy dokonaniach wspomnianego Roddicka.

Życie zaczyna się po 30-tce…

Obecny sezon może wiele zmienić. Już w marcu Isner wygrał turniej ATP Masters 1000 w Miami, zostając tym samym najstarszym w historii graczem, który po raz pierwszy sięgnął po tytuł tej rangi. Miał wówczas 32 lata i 11 miesięcy. Warto przypomnieć, że do tej imprezy Amerykanin nie przebrnął etapu drugiej rundy w sześciu wcześniejszych turniejach.

W piątek tenisista pochodzący z Greensboro w Karolinie Północnej powalczy z Kevinem Andersonem o finał Wimbledonu. O ile Anderson zna już smak gry w finale wielkoszlemowej imprezy, o tyle dla Isnera obecność już w półfinale jest nowością. Do tej pory jego największym sukcesem w rywalizacji tej rangi był ćwierćfinał US Open 2011. W innych turniejach Wielkiego Szlema Isner co najwyżej dochodził do czwartej rundy.

Amerykanin jest kolejnym przykładem na to, że najwyższa sportowa forma może eksplodować grubo po 30 roku życia. Wprawdzie do końcowego sukcesu na Wimbledonie jeszcze daleka droga, ale ewentualny triumf byłby pięknym zwieńczeniem kariery popartej tytaniczną pracą. Może i Isner nie został obdarzony wielkim talentem, może jego gra nie porywa tłumów. Jednak to tylko potwierdza, jak wiele można osiągnąć dzięki charakterowi i determinacji.

Przeżycia matki ukształtowały charakter

Trudno przewidzieć, jak potoczyłyby się losy sympatycznego giganta z Karoliny Północnej, gdyby poważna choroba jego matki nie zakończyła się happy endem. Wszystko zaczęło się, kiedy John rozpoczynał drugi semestr na University of Georgia. Wtedy okazało się, że Karen Isner ma raka jelita grubego w bardzo zaawansowanym stadium. W rozmowie z atpworldtour.com, Amerykanin wrócił do tamtego czasu i wspominał czas, kiedy wylewał łzy w swoim pokoju w akademiku. Jego matka wygrała walkę z chorobą mimo nawrotów.

– Kiedy myślę o marudzeniu ze względu na godzinę grania lub upał, w którym muszę grać, od razu przypominam sobie to, co przeszła mojaj mama. To sprawia, że na takie rzeczy patrzy się z zupełnie innej perspektywy – nie ukrywa Isner, dla którego tenis w trudnym czasie choroby matki stał się pewnego rodzaju ucieczką od rzeczywistości. Jak sam podkreśla – jej zawsze zależało na tym, aby pokonywał kolejne szczeble kariery – a on miał poczucie, że robi to również dla niej.

Napisać nową kartę w historii

W tym roku w Londynie Isner nie ma z trybun wsparcia matki i ojca, którzy pozostali w Greensboro i stamtąd obserwują mecze syna. Niewykluczone, że gdyby 33-latek awansował do finału, to rodzice przylecieliby ściskać kciuki za syna. Na pewno półfinałową rywalizację z Kevinem Andersonem będzie obserwować żona tenisisty – Madison McKinley-Isner oraz… Justin Gimelstob. Były amerykański tenisista już trenował Isnera, ale z przyczyn osobistych trenera panowie zakończyli całkiem owocną współpracę w 2016 roku. Od jakiegoś czasu Gimelstob ponownie pomaga najwyższemu graczowi w tourze – i jak widać – przekłada się to na wyniki.

Gimelsob jest człowiekiem, który obok Craiga Boyntona (pierwszego trenera Isnera w zawodowym tenisie), ma największy wpływ na grę i wyniki osiągane przez giganta z Greensboro. Boynton ukształtował Isnera tenisowo. Postawił na pracę nad najmocniejszymi stronami zawodnika – serwisem i forehandem. Świetnie wprowadził go do zawodowstwa. Gimelstob z kolei – rozpoczynając z nim współpracę – skupił się na poprawie elementów, które nigdy nie były mocną stroną rosłego Amerykanina – grze z głębi pola i przy siatce. Do tego odmienił go mentalnie.

Niezależnie od tego, jak potoczą się losy Isnera w tegorocznym turnieju, Wimbledon jest dla niego miejscem wyjątkowym. To tam w 2010 roku razem z Nicolasem Mahut rozegrał najdłuższy mecz w historii tenisa, ustanawiając przy tym kilka innych rekordów.

– W pewnym sensie tamto spotkanie jest dla mnie błogosławieństwem i klątwą zarazem. Z jednej strony zapisałem się na kartach historii, a z drugiej ludzie pamiętają mnie tylko z tego meczu. Chciałbym mieć poczucie, że poza tym spotkaniem miałem całkiem dobrą karierę – cytuje słowa Isnera espn.com.

MARCIN MICHALEWSKI
Twitter: @m_michalewski

Fot. Charlie Cowins/Flickr.com/ licencja (CCBY 2.0)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s