Mezo: Możecie na mnie mówić Djoković

W wywiadzie Mezo, z najbardziej popularnych polskich wykonawców muzycznych młodego pokolenia, mówi o swojej tenisowej zajawce, o tym co musi się stać, aby wybudował kort koło domu, a także opowiada o dominacji w turniejach artystów. – Osobiści wolę Nadala, ale możecie na mnie mówić Djoković – mówi żartobliwie Mezo. 

– Można już cię nazywać Novakiem Djokoviciem polskich artystów?

– Powiem nieskromnie, że chyba tak! (śmiech) Pięć ostatnich turniejów artystów – dwa w tym roku i trzy w zeszłym – wygrałem, więc chętnie będę Djokoviciem artystów. Chociaż przyznam, że wolę Rafaela Nadala i jego postać jest mi bliższa. Z dużym przymrużeniem oka mogę być jednak Djokoviciem.

– Patrzyłem na wyniki tych imprez i twoja dominacja zaczęła się właśnie w tamtym roku. Wcześniej tak kolorowo nie było. Tak dobra forma to efekt twoich przygotowań czy rywale spuścili z tonu?

– Przełom nastąpił właśnie w zeszłym roku, kiedy przygotowywałem się bardzo intensywnie i muszę przyznać, że zrobiłem przeskok jakościowy w swojej grze. Zacząłem w końcu trzymać piłkę w korcie, co wcześniej było moim naprawdę dużym mankamentem. Przez rok trenowałem regularnie po trzy razy w tygodniu, w tym raz z instruktorem i efekty tego widać po wynikach w tamtym sezonie. W tym roku znacznie odpuściłem i bazowałem na tym, co udało mi się wypracować wcześniej. W zasadzie to przeczołgałem się przez turnieje, bo bywało, że miałem nawet trzymiesięczną przerwę w grze i jedynie bezpośrednio przed turniejami moja aktywność wzrastała. Mam jednak dużą satysfakcję z tych wygranych, ponieważ kiedy jest się w super formie, to jest presja, że musisz zwyciężać. A w tym sezonie grałem na totalnym luzie i finały w Jaworzu z Grzesiem Poloczkiem i w Szczecinie z Łukaszem Pietschem były bardziej wyrównane i zwycięstwa dostarczyły mi więcej satysfakcji.

– W tekstach twoich kawałków nazwiska tenisistów i nawiązania do dyscypliny przewijają się od lat. Sięgnąłem do twojej debiutanckiej płyty „Mezokracja” i utworu „Mikrofonu Muszkieter”…

– Ooo, to sięgnąłeś naprawdę… 12 lat wstecz, trochę czasu minęło.

– I tam padają takie nazwiska jak: Hewitt, Sampras czy Graf…

– Przypuszczam, że wielu kibicom młodego pokolenia takie nazwiska są już nieznane. No może poza Hewittem, który wciąż jeszcze gra. W innym kawałku nawiązywałem też m.in. do Kafielnikowa, który był jednym z idoli mojego dzieciństwa. Nie wiem czy wiesz, ale on grał nawet kiedyś, jakoś w latach 90, w challengerze w Poznaniu, ale przegrał w pierwszej rundzie. Mówiono wtedy, że będzie z niego klasowy zawodnik i to się potwierdziło, bo był w czołówce światowej.

– Nawiążę jeszcze do tego kawałka, o którym mówiłem. Pada tam takie zdanie: „Mez bez gaf, zbieram porcję braw, jak Steffi Graf, powieś buty na kołku, ja zwycięski schodzę z kortu.”. Już wtedy grałeś i wygrywałeś czy te słowa po latach okazały się prorocze?

– Kiedyś grałem bardzo mało w tenisa, a pomiędzy 15 a 25 rokiem życia nie grałem wcale. Jako dziecko nauczyłem się jednak trochę przebijać dzięki bratu, który grał w Olimpii Poznań i zdobył tytuł mistrza Polski juniorów w deblu. Pamiętam, że chodziłem na korty, na ścianę i tam odbijałem. Nie miałem lekcji z instruktorem, ale jednak przy bracie udało mi się nauczyć przebijać. I dzisiaj muszę przyznać, że to zaprocentowało później, kiedy zacząłem tak naprawdę grać w tenisa, ponieważ było to w zasadzie takie odświeżenie tych ruchów i nawyków. Niektórzy mówią, że mam dobrą technikę i są przekonani, że od małego gram. Prawda jest jednak taka, że nie trenowałem, ale wszystkiego nauczyłem się przy bracie. A nawiązania do tenisa przemycałem w tekstach dlatego, że jestem wielkim fanem tej dyscypliny.

– Czyli tenisowego bakcyla zaszczepił w tobie brat?

– Wynikało to przede wszystkim z tego, że jako dziecko nie potrafiłem zbyt długo wysiedzieć na tyłku i garnąłem się do różnych sportów. Osoba brata miała swój wpływ, a do tego na osiedlu miałem znajomego, z którym mogłem grać. I tak często umawialiśmy się żeby popykać czysto rekreacyjnie, nie w żadnych turniejach, ale dla zajawki.

– W ostatnich dwóch sezonach nie było na ciebie mocnych, ale jednak w tym roku w Szczecinie był ktoś, kto cię pokonał. Mam na myśli finalistę challengera, Artema Smirnova, z którym zagrałeś pokazówkę. Miło było dostać 1:6 od zawodowego tenisisty?

– Ha,ha, ha. Ja naprawdę bardzo mocno podkreślam to jeden, bo bardzo chciałem, żeby nie było do zera i jestem przeszczęśliwy, że się udało. Taki mecz był dla mnie wielkim przeżyciem. Co innego patrzeć na zawodowców z trybun czy sprzed telewizora, a co innego poczuć moc ich uderzeń. Kilka razy mój rywal zaserwował mi piłki z prędkością około 200 km/h i wtedy tylko stoisz, patrzysz i zdajesz sobie sprawę jaka to jest siła. Powiem szczerze, że wydawało mi się, że dostanę od niego większą taryfę ulgową. Momentami grał jednak całkiem poważnie. Ogólnie świetne doświadczenie, dobrze się pobawiliśmy i o to w tym wszystkim chodziło.

– Wy, artyści możecie się trochę poczuć jak zawodowcy. Atmosfera podczas Waszych meczów często jest podobna do tej, jaka towarzyszy meczom profesjonalistów – macie sędziów, dzieci do podawania piłek, kibiców na trybunach, a wszystkiemu przyglądają się media…

– I to jest fenomenalne! W pewnym sensie pozwala spełnić jakieś marzenia z dzieciństwa o karierze tenisisty. Przypuszczam, że większość artystów ma na korcie większy stres na korcie niż na scenie. Ja tak miałem w pierwszych turniejach, w których brałem udział. Mimo że gramy towarzysko i po meczu pijemy razem piwo, wspominamy udane i nieudane zagrania, to jednak każdy artysta jest takim narcyzem, trochę zakochanym w sobie i zawsze chce zwyciężać. To wszystko sprawia, że nasze turnieje są naprawdę dobrą i emocjonującą zabawą.

– Kto jest twoim największym rywalem?

– Od zawsze był nim Marcin Daniec. Pierwsze trzy pojedynki z nim przegrałem. W pewnym momencie doszło do tego, że biorąc udział w turnieju nie tyle chciałem wygrać imprezę, co pokonać Marcina. Kiedy myślałem o jakimś meczu, to zawsze w roli rywala wyświetlał mi się właśnie on. W zeszłym roku pokonałem go dwukrotnie, w tym roku raz i bilans naszych meczów wynosi dzisiaj 3:3. Spotkania z Marcinem zawsze są trudne, ma swój styl, a do tego robi na korcie show. Ma tą swoją satyryczną gadkę, która czasami może wyprowadzać z równowagi, ale jednak z tyłu głowy zawsze pamiętamy o tym, że to jest zabawa, to jest dla ludzi, a oni to lubią. Innymi groźnymi rywalami są Grzegorz Poloczek, z którym mam bilans 2:4 oraz Tomek Jachimek i Łukasz Pietsch.

– Pomylę się jeśli powiem, że najbardziej bolesna porażka, jaką poniosłeś to ta z 2011 roku z Dańcem, kiedy graliście do jednego wygranego seta, prowadziłeś 5:1 i przegrałeś 5:7?

– Dokładnie tak. Po tym meczu sam sobie powiedziałem, że już nigdy tak nie przegram. Byłem dwie piłki od meczu, wydawało się, że wszystko mam pod kontrolą, ale wtedy Marcinowi zaczęło wszystko wychodzić, do tego dołożył swoje show i odwrócił losy spotkania.

– Prócz tego, że sam grasz w tenisa śledzisz również poczynania zawodowców w największych turniejach. Byłeś m.in. na Australian Open, French Open i w tym roku na US Open. Jak wrażenia?

– Wrażenia świetne. W tym roku na US Open na kortach byłem dwa dni. Przyjechałem do Nowego Jorku w środę pierwszego tygodnia i trafiłem na polski dzień, ponieważ grały ze sobą Agnieszka Radwańska z Magdą Linette. Bardzo fajne spotkanie, świetna otoczka całej imprezy. Tak samo zresztą jak na French Open i Australian Open, na których byłem wcześniej. Poza tym na US Open obejrzałem spotkanie Nadala oraz nasz debel Janowicz/Bednarek. Generalnie udział w takich wydarzeniach dla miłośników tenisa to prawdziwe święto.

– Z siostrami Radwańskimi utrzymujesz chyba bliskie relacje. Podczas jednego z turniejów siedziałeś nawet w boksie Agnieszki podczas jej spotkania.

– Zgadza się, to było trzy lata temu w Stambule podczas Turnieju Mistrzyń. Z Agnieszką i Ulą mieliśmy okazję poznać się w Australii. Znamy się prywatnie, w zeszłym roku miałem nawet zaszczyt gościć na urodzinach Uli, na których bawiła się też Agnieszka. Wiadomo, że Agnieszkę trudno w Polsce zastać, ale jestem z nią w kontakcie poprzez SMS-y. Zawsze mi odpowiada, co jest dla mnie bardzo miłe, bo na pewno wielu innych znajomych również w ten sposób składa jej gratulacje po zwycięstwach. Poza tym dobrze znam jeszcze Magdę Linette, która wychowała się na tym samym osiedlu co ja. Jestem jej kibicem, a nawet miałem okazję odbić z nią kilka piłek. Poza tym braliśmy udział w spotkaniach z młodzieżą tutaj w Poznaniu.

– Biorąc pod uwagę to, że męska reprezentacja awansowała do Grupy Światowej Pucharu Davisa, w Fed Cup w elicie były w tym roku też Polki, do tego w Katowicach mamy turniej rangi WTA – chyba nie możemy narzekać? Do szczęścia brakuje turnieju ATP.

– Oj przydałby się. Wprawdzie mamy mocne challengery w Poznaniu i Szczecinie, ale jednak turniej rangi ATP to już zupełnie inna bajka. Jeśli chodzi natomiast o biało-czerwonych, to faktycznie nie mamy co narzekać. Jako drużyna w Pucharze Davisa jesteśmy w elicie, a ja chciałbym jeszcze żeby Jurek Janowicz ustabilizował formę i znajdował się gdzieś w okolicach 20-30 miejsca. Przede wszystkim w czołówce kobiet mamy Agnieszkę Radwańską. Kiedy spadła na 15 miejsce denerwowało mnie to, że niektórzy narzekali, że jest tak nisko. Pamiętajmy, że to ciągle światowa czołówka i trzeba zdawać sobie sprawę z tego, jak wysoki jest tam poziom. Ostatnio w tourze coraz lepiej radzi sobie Magda Linette, co bardzo mnie cieszy.

– Którego z komentatorów tenisa w telewizji lubisz najbardziej?

– Karola Stopę, który często przyjeżdża na turnieje artystów i udziela mi cennych wskazówek w kwestii gry. Lubię jego styl komentowania i zdecydowanie jest dla mnie numerem jeden, choć cenię też innych komentatorów.

– Na ile w skali 1-10 oceniłbyś swoją zajawkę na tenisa?

– Na teraz oceniłbym na 8. Jeszcze w tamtym roku dałbym 9, ale teraz bardziej nastawiłem się na bieganie i to jest moja dyscyplina numer jeden. Startuję w maratonach, półmaratonach i na tym się koncentruję.

– Skoro zajawka na 8, to kort koło domu jest czy dopiero będzie?

– Ha, ha, ha. Dobre pytanie! Powiem tak: żebym wybudował kort koło swojego domu, to potrzebuję chyba kolejnej Złotej Płyty, bo to jednak nie jest tania sprawa. Kiedy uda się ją zdobyć, to już będę mógł cię zaprosić na mały sparing przy okazji kolejnego wywiadu. Kortu jeszcze nie mam, ale wszystko przede mną. Nie można mieć wszystkiego od razu.

ROZMAWIAŁ MARCIN MICHALEWSKI

***

Mezo (Jacek Mejer, ur. 1982) Od ponad dekady jeden z najpopularniejszych artystów młodego pokolenia. Twórca takich hitów jak: SACRUM, WAŻNE, KRYZYS, PO ROBOCIE, WSTAWAJ, ŻEBY NIE BYŁO, ANIELE czy MEZOKRACJA. Jego twórczość to połączenie pozytywnego hip-hopu z popem. Wielki pasjonat sportu, w szczególności biegania i tenisa.

Zdobywca wielu prestiżowych nagród w tym Srebrnej Premiery na festiwalu w Opolu, Superjedynki, Viva Comet czy wielokrotnie Eska Music Awards. W 2012 roku wziął udział w telewizyjnym show BITWA NA GŁOSY i doprowadził swój zespół MEZOTEAM do 3 miejsca. Współpracował m.in. z Kasią Wilk, Mieczysławem Szcześniakiem, Liberem czy Hanią Stach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s