Davis Cup. Australijska dominacja na Torwarze

Davis CUP 004

Kiedy w kwietniu okazało się, że rywalem Polaków w walce o awans do Grupy Światowej będzie Australia wydawało się, że trafiliśmy całkiem nieźle i mamy spore szanse na historyczny wynik. Bardzo dobre występy biało-czerwonych podczas Wimbledonu również mocno napawały optymizmem. Tyle, że wraz z zakończeniem sezonu na trawie, perspektywa awansu do tenisowej elity coraz bardziej się oddalała. A po katastrofalnym występie naszych zawodników w US Open i świetnym Lleytona Hewitta nasze szanse na triumf z „Kangurami” zostały zredukowane do minimum. W weekend okazało się, że obawy polskich kibiców były słuszne. Polacy gładko ulegli Australijczykom 1:4 i marzenia o awansie do światowej czołówki muszą oni odłożyć w czasie. Hewitt i spółka byli po prostu przynajmniej o klasę lepsi. Można tylko żałować, że termin rozgrywania tego najważniejszego meczu w historii reprezentacji Polski w tenisie przypadł na najsłabszy okres naszych zawodników w tym sezonie. Biało-czerwoni mieli też pecha, że akurat teraz swoją trzecią młodość przeżywa Hewitt…

Chyba każdy polski kibic miał świadomość przed jak trudnym zadaniem stają biało-czerwoni. Po pierwsze dla tego, że nasi zawodnicy ostatnio mocno dołują, po drugie dlatego, że Australijczycy posiadają doświadczony team i wreszcie po trzecie dlatego, że wiadomo było, iż z powodu kontuzji na placu gry nie pojawi się numer jeden polskiej drużyny – Jerzy Janowicz. Mimo wszystko już pierwszego dnia imprezy widać było, że wśród naszych kibiców jest wielka wiara. W piątek fani przed warszawską halą Torwar tłumnie zaczęli się gromadzić już kilkadziesiąt minut przed otwarciem wejść. Wielu z nich odzianych w biało-czerwone barwy, jedni z szalikami, inni bez, ale atmosferę wielkiego święta dawało się wyczuć na odległość.

Różnica klas

Ci, którzy przybyli pod halę wcześniej i stali przy samych wejściach mocno pilnowali swoich „pozycji”. Atmosfera na trybunach? Bardzo przyjemna, chociaż w trakcie pierwszego meczu pomiędzy Łukaszem Kubotem a Lleytonem Hewittem mogło być lepiej. Słaba gra Polaka nieco ostudziła doping zgromadzonych fanów. Po przegranym pierwszym secie 1:6 niektórzy woleli stać w kolejkach za popcornem i hot-dogami aniżeli patrzeć na to, jak nasz rodak otrzymuje lekcję tenisa od byłego numeru jeden na liście ATP. Podczas tego meczu zdecydowanie lepiej bawiła się kilkudziesięcioosobowa grupa wspierająca Australijczyków. Kibiców zagrzewających do walki zawodników gości może nie było zbyt wielu, ale pod względem organizacji dopingu prezentowali się oni naprawdę ciekawie. Nie tylko wspierali Hewitta gromkimi brawami, ale w zależności od wydarzeń na korcie, śpiewali różne piosenki.

Pierwsze spotkanie rywalizacji to pokaz siły odrodzonego 32-latka z Adelajdy, który w trzech setach oddał Kubotowi tylko sześć gemów. Lubinianin bardzo słabo serwował i nie wytrzymywał dłuższych wymian z głębi pola. Do tego większość jego wypadów do siatki kończyła się błyskotliwymi minięciami i lobami Australijczyka. Po meczu nasz zawodnik przyznał, że Hewitt był poza jego zasięgiem. – Dostałem lekcję od gracza stojącego dwie, a może i trzy klasy wyżej ode mnie. Przede wszystkim zawiódł mnie serwis. Bez niego nie mogłem grać na „dwie piłki”. Lleyton jest na fali, był dzisiaj nie do przejścia – powiedział Kubot.

– Byłem przygotowany na pięć setów, ale na szczęście do tego nie doszło – mówił z kolei Hewitt. – Uważam, że kluczem do sukcesu był mój dobry serwis. Gra na korcie ziemnym nie stanowiła dla mnie problemu. Oczywiście musiałem popracować nad poruszaniem się na tej nawierzchni, nad doślizgami do piłek. Moje uderzenia podczas meczu były bardzo dobre, czułem się komfortowo – dodał. Były lider rankingu ATP odpowiedział również na pytanie, kto dobierał taktykę na mecz przeciwko Kubotowi. – Oglądałem wiele spotkań Łukasza, wiedziałem jak z nim grać. Co do taktyki, to w tym temacie podpowiadali mi Tony Roche, Pat Rafter, a nawet Bernard Tomic.

Przełamywanie serii

Większy opór niż Kubot w starciu z Hewittem stawiał Michał Przysiężny (zastąpił kontuzjowanego Janowicza), który walczył z  Tomicem. W pierwszym secie wszystko szło po myśli Polaka do stanu 5:6 i 40:0 przy własnym podaniu. Mimo trzech piłek na doprowadzenie do tie-breaka, Przysiężny przegrał tego gema i w konsekwencji całego seta 5:7. W kolejnej partii doszło już do rozgrywki tie-breakowej, ale ta padła łupem bardzo dobrze serwującego Australijczyka. W trzecim, i jak się okazało ostatnim secie, mierzący 196 cm wzrostu Tomic szybko przełamał pochodzącego z Głogowa rywala i to wystarczyło do rozstrzygnięcia meczu na swoją korzyść. Już po pierwszym dniu sytuacja biało-czerwonych stała się mocno dramatyczna.

W sobotę przyszedł czas na rywalizację deblistów. Nasz najlepszy team Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski przedłużył nadzieje na sukces, pokonując po epickiej, pięciosetowej batalii Chrisa Guccione i Nicka Kyrgiosa. Co ciekawe, dla Guccione była to pierwsza deblowa porażka w Pucharze Davisa. Do spotkania z Polakami mierzący dwa metry wzrostu gracz mógł chwalić się świetnym bilansem – osiem rozegranych meczów, wszystkie zwycięskie. Każda seria musi się kiedyś skończyć i na nieszczęście dla Guccione nastąpiło to w sobotę w Warszawie. Jeśli już przy przełamywaniu serii jesteśmy, to warto też wspomnieć, że przełamał się również sam Hewitt. Najbardziej doświadczony zawodnik w drużynie z Antypodów w tym roku był bez wygranej na nawierzchni ziemnej. Startował w trzech turniejach rozgrywanych na „cegle”: w Houston, Nicei oraz  na Roland Garros i za każdym razem odpadał w pierwszej rundzie. Warszawska mączka okazała się dla niego szczęśliwa i zapewne od teraz Lleyton będzie używał powiedzenia „do czterech razy sztuka”.

W niedzielę w hali Torwar emocji było niewiele, gdyż już w pierwszym meczu tego dnia Australijczycy zapewni sobie awans do Grupy Światowej. Mimo że Kubot zaprezentował się o niebo lepiej niż w piątek, to i tak nie ugrał nawet seta z Tomicem. Choć szansa na to była wielka. Zwłaszcza w secie drugim, kiedy lubinianin mając dwa przełamania, prowadził już 5:1, by ostatecznie polec w tie-breaku. Ci, którzy liczyli jeszcze na atrakcyjne widowisko w ostatnim pojedynku dnia, musieli obejść się smakiem. Wszystko przez kłopoty zdrowotne Przysiężnego, który przy stanie 1:4 oddał mecz Kyrgiosowi.

A teraz pójdą na imprezę…

Kiedy polscy kibice opuszczali Torwar, niektórzy nucąc zapewne „To nie tak miało być, zupełnie nie tak” znanej piosenki Budki Suflera, fani „Kangurów” wraz z teamem rozpoczęli świętowanie. Były śpiewy, wspólne podziękowania, szampan… Po sześciu latach przerwy Australia znowu zagra w Grupie Światowej. Patrząc na to, co przez weekend działo się w hali Torwar trzeba przyznać, że rywale na ten awans w pełni zasłużyli. Byli gotowi pod każdym względem i obnażyli nasze słabości.

Obecna drużyna Australii przede wszystkim stanowi monolit. Widać, że wszyscy wszystko sobie wyjaśnili i zrozumieli, że przyświeca im jeden cel. W ekipie panuje świetna atmosfera, którą można było dostrzec na każdym kroku. Hewitt podrygiwał kiedy z głośników usłyszał „Call me maybe”, Tomic z kolei co jakiś czas sobie żartował. Do tego nasi rywale mają bardzo dobre relacje ze swoimi kibicami. Po każdym meczu zawodnicy dziękowali im za doping, a w niedzielę kapitan zespołu, Patrick Rafter zdradził, że przed wylotem z Polski czeka ich jeszcze wspólna impreza: „To już tradycja, że po spotkaniach w Pucharze Davisa idziemy się bawić”. Z tych słów najbardziej zadowolony był chyba Tomic, któremu bardzo spodobały się polskie dziewczyny. Z jedną z hostess ponoć wymienił się nawet numerem telefonu…

MARCIN MICHALEWSKI

Twitter: @m_michalewski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s